Jelenia Góra, Polska - Długość Dnia i Godzina Wschodu i Zachodu Słońca. Najdłuższy dzień w Jeleniej Górze w 2023 roku to 21 czerwca, trwa on 16 godzin, 31 minut, 52 sekundy. Najkrótszy dzień roku w Jeleniej Górze to 21 grudnia, trwa 7 godzin, 55 minut, 56 sekund. 14 października jest krótszy od najdłuższego dnia o 5 godzin, 43 Długość dnia i nocy dzisiaj w Bielsku-Białej. Zmierzch rano: 1 godzina 53 minuty 20 secund. Dzień: 8 godzin 54 minuty 32 secundy. Zmierzch wieczorny: 1 godzina 53 minuty 22 secundy. Noc: 15 godzin 5 minut 29 secund. Obliczyć wschód i zachód słońca w Warszawie. Bezpośredni czas wschodu słońca, zachodu słońca i długość dnia w Prędkość wiatru: 20 km/h. Minimalna temperatura: -5 °C, Maksymalna temperatura: -3 °C, Prędkość wiatru: 20 km/h, W nocy z niedzieli na poniedziałek najniższa spodziewana temperatura to -7 °C, natomiast prędkość wiatru - 21 km/h. W ciągu dnia na Babiej Górze (Diablaku) (Beskid Żywiecki) odczuwalna temperatura wyniesie -11 °C. Sprawdź długoterminową prognozę pogody dla Babia Góra. Pogoda długoterminowa na 45 dni. Wschód 06:35 Zachód 16:18. Pochmurno T. odczuw. 13°C; Deszcz Babia Góra. Teraz Dzisiaj. Jutro. 3 dni 10 dni 2 tygodnie Miesiąc Tydzie Wschód — 5:37. Księżyc w nowiu — 13 listopada, przez 1 dzień Wschód słońca na Babiej Górze to nie byle jaka wyprawa, więc wyjazd proponuję mężowi. Jestem raczej tchórzem i sama (z dzieckiem) nocą nigdzie nie pójdę. Podchodzi do sprawy z entuzjazmem, kupuje latarki czołówki i cieszy się wędrówkę przez ciemny las. Brrr. Potem szukamy innych chętnych, zawsze to będzie nam raźniej w The name Babia Gora translates into (rural) woman’s mountain. There are a couple of local legends that try to explain such an original name that this peak bears. Some say it’s a stack of rocks thrown by a giant woman in front of her house. Others tell stories of a highlands robber’s lover who turned into the rock from sorrow. xDhD3R. Babia Góra jest najwyższym szczytem Beskidów Zachodnich i poza Tatrami najwyższym szczytem w PolscePozornie łatwa potrafi pokazać prawdziwie górskie oblicze. Nie bez przyczyny nazywana jest Matką NiepogódNajsłynniejszy szlak, ze względu nieco tatrzański charakter, wiedzie na szczyt ze schroniska Markowe SzczawinyMa tę zaletę, że nie spotkamy tu tłumów. Zimą gwarantuje spokój, a często nawet i samotnośćWięcej takich tematów znajdziesz na stronie głównej Góra to spory masyw. Liczy ok. 10 km długości i osiąga wysokość 1725 m co stawia ją na pierwszym miejscu wśród najwyższych szczytów w Polsce poza Tatrami. Zresztą warunki, zwłaszcza zimą, panują tu często tatrzańskie - istnieje nawet groźba lawin. Szczególnie lawiniaste mogą być północne stoki masywu, które opadają stromymi stokami, sięgającymi nawet do 70 stopni nachylenia. W całym masywie na linii wschód - zachód wyróżnia się kilka wzniesień, Sokolicę, Kępę, Gówniak, Diablak - szczyt Babiej Góry, oraz Małą Babią Górę, czyli Cyl (1517 m na Babią Górę, Beskid Żywiecki - Tatyana Aksenova / ShutterstockOd południa i południowego wschodu masyw Babiej Góry wznosi się nad Kotliną Orawską, dzielącą ją od pasma Tatr. Daje początek (patrząc od strony wschodniej na zachód) Beskidowi Żywieckiemu. Od strony polskiej można pod nią dotrzeć z Orawy (Przełęcz Krowiarki) lub od strony również: Najdłuższa wieś w PolsceNa szczyt wyprowadza kilka szlaków; w tym czerwony beskidzki szlak, ciągnący się z Beskidu Żywieckiego na Diablak i dalej na wschód do Przełęczy Krowiarki; są szlaki wychodzące z północy: z Zawoi lub od strony Czatoży, a także od południa - od strony słowackiej. Najsłynniejsza chyba trasa, ze względu na miejscami tatrzański charakter, to odchodzący od schroniska Markowe Szczawiny na szczyt to żółty szlak, tzw. Perć Akademików. Na jednym odcinku perć zawęża się do skalistego występu ubezpieczonego łańcuchami. Szlak ten jest na zimę zamykany ze względów lub przy załamaniu pogody Babia Góra potrafi jednak pokazać prawdziwie górskie oblicze. Nie bez przyczyny nazywana jest Matką Niepogód. Silny porywisty wiatr na grani zasypujący tyczki, do tego mgła ograniczająca widzialność do kilku metrów, lub też pokrywa śniegu sięgająca ud, sprawiają, że wielu niedoświadczonych w zimowych warunkach turystów miało tu kłopoty. Bywa, że w sidła Matki Niepogód trafiają nawet wytrawni turyści…Wschód słońca na Babiej Górze, Beskid Żywiecki - Tomasz Mazon / ShutterstockZ takimi przypadkami dość często mają do czynienia ratownicy Grup Beskidzkiej i Podhalańskiej GOPR. Mariusz Zaród, były wieloletni naczelnik Grupy Podhalańskiej GOPR, pamięta akcję ratowniczą z 2009 roku, kiedy to w lutym turysta z Krakowa, znający Babią Górę niemal jak własną kieszeń zabłądził, schodząc ze szczytu. - Szukaliśmy go pół nocy, a gdy w końcu znaleźliśmy go, okazało się, że tak się zakręcił, iż poszedł w przeciwną stronę do prawidłowego kierunku - mówi były naczelnik podhalańskiej Grupy GOPR. Turystę odnaleziono wyczerpanego, ale całego i zdrowego. - To dowód na to, że nawet doświadczony, dobrze znający teren człowiek w trudnych warunkach może zabłądzić - mówi Mariusz Zaród. - Ten turysta bywał w masywie Babiej nawet kilka razy w tygodniu. Jego żona, gdy zadzwoniła do nas, że mąż nie wrócił, mówiła "niemożliwe, by on zabłądził".Szlak na Babią Górę, Beskid Żywiecki - Kris Wiktor / ShutterstockRatownikom nie raz zdarzało się w bardzo trudnych warunkach szukać i sprowadzać całe grupy turystów biwakujących w kopule szczytowej. Zwykle pechowi turyści nie przypuszczali, że w tak krótkim czasie może nastąpić załamanie niedawno głośno było o grupie turystów, którzy pomimo skrajnie trudnych warunków pogodowych wybrali się Babią Górę wyłącznie w szortach i butach. Kiedy jedna z kobiet osłabła i groziła jej hipotermia, poprosili o pomoc ratowników GOPR, którzy przetransportowali turystkę do szpitala w poważnym stanie z licznymi również: Golasy w górach. Ekstremalne wyzwanie czy głupota?Warto dodać, że masyw Babiej Góry mają pod swoją pieczą zarówno ratownicy Grupy Beskidzkiej, jak i Podhalańskiej (część wschodnia).Babia Góra, Beskid Żywiecki - Maciej Dubel / Shutterstock- W masywie Babiej Góry i Policy zimą mamy do czynienia z trudnymi przypadkami. Osłabnięcia spowodowane torowaniem w śniegu oraz zabłądzenia to główne przyczyny akcji, które trwają czasem po kilkanaście godzin - mówi Mariusz Zaród. Dodajmy do tego szybko zapadający zimą zmrok i wychłodzenie, które może nastąpić bardzo zakładać, że przy nieprzetartym szlaku, gdy śniegu jest ok. pół metra, czas przejścia trasy wydłuży się nawet o 100 proc. Wyjście na Babią Górę klasyczną pętlą z Przełęczy Krowiarki latem zajmie nam ok. 2,5 godziny. Zimą musimy zakładać czas dwukrotnie dłuższy, szczególnie jeśli szlaki są Góra, Beskid Żywiecki - Chawranphoto / ShutterstockJeśli jednak warunki są dobre, trzyma lekki mróz, śnieg skrzypi i świeci słonce, czy jest coś przyjemniejszego od wędrówki? Pamiętajmy jednak, by zawsze sprawdzić prognozy pogody oraz zasięgnąć informacji w schronisku na Markowych Szczawinach bądź w centrali Grupy Beskidzkiej zimowej turystyce bardzo pomagają kije teleskopowe. Szczególnie jeśli mamy ciężki plecak, zdecydowanie odciążają kręgosłup. Idealne do przemieszczania się w terenie śnieżnym są narty skiturowe lub rakiety śnieżne, coraz bardziej popularne zimą w Beskidach. Wiele schronisk, w tym przebudowane kilka lat temu schronisko na Markowych Szczawinach, prowadzi nawet wypożyczalnie Góra, Beskid Żywiecki - AJSTUDIO PHOTOGRAPHY / ShutterstockWarto też pamiętać, by zimą nie schodzić ze szlaku nie tylko ze względu na ryzyko pobłądzenia, ale także zagrożenie lawinowe. Na Babiej Górze schodzi od kilku do kilkunastu lawin roczne. Ratownicy GOPR prowadzą badania pokrywy śnieżnej, testy lawinowe i na tej podstawie ogłaszają stopień zagrożenia lawinowego. Ta informacja jest dostępna dla turystów na stronach internetowych GOPR oraz Babiogórskiego Parku Narodowego. Zagrożenie w rejonie Babiej Góry jest dosyć duże, natomiast jeśli poruszamy się po dostępnych szlakach, jesteśmy bezpieczni. Zejście ze szlaku powoduje jednak, że łatwo możemy znaleźć się w terenie z Babiej Góry, Beskid Żywiecki - Pavel Szabo / ShutterstockWędrując dolno- i górnoreglowymi lasami masywu Babiej Góry można napotkać wiekowe okazy drzew, np. 400-letnie jodły, 300-letnie buki, a także świerki, których wiek dochodzi do 380 lat. Warto wiedzieć, że wspinając się na szczyt, przechodząc przez piętro kosodrzewiny, osiągamy piętro alpejskie, czyli halne. Babia Góra jest jedynym w Polsce beskidzkim szczytem sięgającym tego piętra. - Piętrowość roślinności jest bardzo dobrze widoczna z Akademickiej Perci - mówi Maciej Mażul z Babiogórskiego Parku Narodowego, który wymienia ten szlak wśród najpiękniejszych, ale i najtrudniejszych. Poleca również szlak wiodący Percią Przyrodników. Wiedzie on przez pierwotne lasy regla dolnego i górnego, wyżej przez skalisty teren i piętro kosodrzewiny. Rekomenduje również wycieczki i spacery szlakami rozpoczynającymi się w rejonie Czatoży, a wiodącymi dolnoreglowymi lasami Góra, Beskid Żywiecki - Maciej Dubel / ShutterstockPodczas swoich wędrówek przy odrobinie szczęścia napotkamy ślady i tropy mieszkańców masywu Babiej Góry lub nawet ich samych. Największą szansę mamy na dostrzeżenie śladów jeleniowatych. - Występują one dość licznie. Poza tym ich ścieżki krzyżują się z naszymi, zwłaszcza zimą, gdy zwierzęta te schodzą niżej - wyjaśnia Maciej Mażul. Babiogórskie lasy zamieszkują także wilki, rysie, borsuki, lisy, a także wydry. Zachodzi tu czasem niedźwiedź. Bywały zimy, gdy drapieżnik gawrował w masywie Babiej. - Ma tu dobre warunki zimowania. Nadają się do tego szczególnie północne zacienione stoki, na których śnieg długo zalega i zwierzę może się "wyspać". Nie obudzi się za wcześnie - wyjaśnia Maciej Mażul. Północna wystawa sprawia, że pokrywa śniegu zalega na niej długo i zima trwa dłużej. Gdyby zwierzę gawrowało na nasłonecznionym południowym stoku, na którym śnieg zniknąłby najszybciej, mogłoby się okazać, że w innych, chłodniejszych i bardziej zaśnieżonych obszarach, nie ma dla niego jeszcze na Babią Górę, Beskid Żywiecki - Kris Wiktor / ShutterstockNajlepsze warunki do obserwacji śladów i tropów zwierząt panują, gdy jest śnieg. - Tropy niedźwiedzia przypominają ślady stóp człowieka, jednak niewątpliwie różni je jeden znaczący szczegół - odbity rysunek długich pazurów (ok. 4 cm). Wilcze tropy bardzo przypominają tropy dużego psa, jednakże są bardziej wydłużone. Oglądając je dokładniej możemy stwierdzić kolejne cechy różniące je od psich - ślady odbite po opuszkach przednich palców są wysunięte przed ślady pozostawione przez opuszki palców bocznych, natomiast opuszka środkowa przedniej łapy ma kształt sercowaty, a tylnej owalny - tłumaczy Maciej Góra ma także i tę zaletę, że nie spotkamy tu tłumów na szlakach. Królowa Beskidów gwarantuje nam spokój, a często nawet i samotność, szczególnie w zimowe szlaków i znaki turystyczne w Polsce - OnetŹródło:OnetData utworzenia: 7 lutego 2022, 13:50Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj. O Babiej Górze mówi się wiele. A na pewno mówi się dużo o jej dość luźnym podejściu do przejmowania się pogodą. Babia potrafi zaskoczyć i to w obydwie strony. Bywa, że słoneczny dzień zamieni w deszcz, przywita wiatrem i srogo sponiewiera chłodem. Jednak gdy już wejdziecie na sam szczyt, da Wam prawdopodobnie najpiękniejszą nagrodę. Wejście zresztą nie jest trudne. Mimo tego, że Babia Góra jest drugim co do wysokości wniesieniem w Polsce, to na jej wierzchołek śmiało wdrapują się nawet śmiałkowie we wczesnym wieku szkolnym. Od dwóch i pół do czterech godzin, tyle powinniście sobie zarezerwować, aby pojawić się na wysokości 1725 metrów. Na Babią można wejść szlakami o różnej trudności. Począwszy od Przełęczy Krowiarek i łatwej trasy przez całą drogę, kończywszy na Perci Akademików z łańcuchami, dzięki którym wejdziecie trudniejszym, jednokierunkowym szlakiem. Co Was czeka? Babia Góra oczywiście, która znajduje się w przepięknym Babiogórskim Parku Narodowym. Gdy niebo jest bezchmurne, na horyzoncie obecna jest piękna, wysoka panorama Tatr, a wokół cały, rozłożysty masyw Babiej Góry. A gdy dzień jest pochmurny, jest bardzo duża szansa, że wchodząc na sam szczyt Babiej (zwany Diablakiem) znajdziecie się ponad chmurami. Uczucie, że są niemalże u Twoich stóp jest niepowtarzalne. Wracając do pogody, nasza porada jest prosta, nie planujcie za bardzo. Poza tym, że koniecznie należy spojrzeć na aktualne warunki (oczywiście głęboką zimą potrafią być one ekstremalne, a wspinaczka wręcz zakazana), to na Babią po prostu trzeba wejść. To co się dzieje na Babiej Górze, nie musi odpowiadać warunkom na dole. A przygotowując się do wejścia, weźcie pod uwagę różne scenariusze pogodowe. Szczególnie, gdy macie zamiar obejrzeć wschód słońca. Cisza, widoki, powietrze? Bajka! Zdjęcia: Sylwia Gruszka (Szlajam się). instagram / facebook Mawiają, że każdy prawdziwy turysta podziwiał choć raz wschód Słońca widziany z wierzchołka Babiej Góry... Miejsce: Serce Beskidu Żywieckiego Cel: Wschód Słońca na Babiej Górze Trasa: Zawoja Schronisko PTTK Markowe Szczawiny Perć Akademików Babia Góra Przełęcz Brona Schronisko PTTK Markowe Szczawiny Zawoja Długość trasy: 16 km Pogoda: bardzo dobra Widoczność: bardzo dobra Poprzednia część retrospekcji: Rowerem ku Babiej Górze Do naszego noclegu przyjechaliśmy ok. godziny 19:00. Po szybkim prysznicu i bardzo dobrej kolacji czasu na odpoczynek było stosunkowo niewiele. Okazało się też, że do naszej trójki dołączył czwarty kolega, który akurat u Tomka przebywał. Plan wyprawy był już ustalony, pozostawała tylko jedna kwestia; o której wyruszyć? Do odpowiedzi na to pytanie potrzebna była nam godzina wschodu Słońca. Wspomniany już wyżej kolega odszukał w Internecie, w swoim telefonie, iż 2 sierpnia wschód odbędzie się o godzinie 4:09. Byłem tym zdziwiony, gdyż wschód podczas najdłuższego dnia roku ma miejsce ok. godziny 4:00, a przecież od tego dnia minął już ponad miesiąc. Wszedłem w nim w polemikę i po krótkiej dyskusji postanowiliśmy zadzwonić do wszystkich znajomych, którzy tego wieczoru mogli mieć pod ręką komputer. Wykręciłem numer do Pawła, z którym byłem na Rysach. Po kilku minutach otrzymuję wiadomość, że wschód Słońca będzie o 4:58. Między pierwszym a drugim wschodem różnica wynosiła aż 50 minut więc wciąż nie mieliśmy pewności. Po następnych chwilach otrzymaliśmy kolejną informację: 4:36. Warto też przy tym zaznaczyć, iż w różnych częściach Polski, wschody Słońca są o innych porach. W następnych próbach, prosiliśmy więc o dokładne sprawdzenie czy aby wyświetlona godzina nie jest wschodem dla Warszawy bądź Gdańska. Upłynęło kilkanaście minut i pojawiły się następne propozycje: 4:17, 4:26 i 5:00 oraz kilka innych. Trudno opisać nasz śmiech, gdy czytaliśmy te informacje. Ogółem, dziesięć różnych osób podało dziesięć różnych wschodów Słońca. Można było od tego zbaranieć! Mętlik informacji dopełniła ostatnia propozycja – 5:12 – autorstwa Sylwii, którą szczerze pozdrawiam, gdyż jak się później okazało, bardzo na to zasłużyła. Zanim jednak do tego doszło, nie mogliśmy zignorować żadnego wschodu Słońca. Rozpiętość była ogromna. Od 4:09 do 5:14 – aż 65 minut ! Oczywisty stał się więc fakt, że musimy zdążyć mimo wszystko na mało realną 4:09, gdyż przegapienia wschodu Słońca bym po prostu nie przeżył. Aż dwie godziny snu zakończyły się pobudką kwadrans po dwudziestej czwartej. Po szybkim śniadanku, ok. 20 minut później wyruszyliśmy. Powietrze było bardzo rześkie, a niebo troszkę zachmurzone. Byliśmy wyposażeni w kilka latarek, których moc pozostawiała wiele do życzenia. Najwygodniejsza w takiej sytuacji była czołówka jednak i ona nie w pełni rozświetlała nam drogę. Jeszcze przed wyprawą rowerową miałem pewien dylemat. W domu leżała latarka wielkości bidonu rowerowego. Jej rozmiar powodował, iż przy ewentualnej wspinaczce musiałbym ją trzymać w rękach, co nie było by zbyt wygodne. Wzięcie jej okazało się bardzo trafną decyzją. Początkowa droga prowadziła szlakiem czarnym. Szedłem nim bodajże dwa lata temu, jednak to Tomek przodował grupie gdyż wszystkie te drogi wokół Zawoi zna jak własną kieszeń. Chodzenie nocą po górach jest specyficzną czynnością. Przede wszystkim nie wolno wybierać się samemu, gdyż jest to równie wielka głupota jak wspinaczka na Giewont w czasie burzy. Dodatkowo nocne wędrówki powinny odbywać się szlakami, które bardzo dobrze znamy. Idąc na przedzie spogląda się przecież na nogi i ścieżkę, a nie na drzewa, na których namalowane są – niewidoczne nocą – znaki. Gdybym wybrał się nocą na szlak, którego nigdy wcześniej nie pokonałem to musiałbym się zatrzymywać, co parę metrów, żeby rozglądać się dookoła w poszukiwaniu znaku. To wydłużyłoby wędrówkę kilkakrotnie, nie mówiąc już o tym, że mnóstwo jest miejsc trudnych do oznakowania. Wtedy zagubienie się nocą w górach jest murowane. Leśny fragment naszej trasy na Babią Górę charakteryzował się dużą ilością błota, które musieliśmy sprytnie omijać. Staraliśmy się przy tym w miarę płynnie rozmawiać, aby zagłuszyć leśne dźwięki, które zwykłego człowieka mogłyby przestraszyć. Świecąc sobie pod nogi, czasem podnosimy głowę bądź rękę w celu poświecenia dalej. „Prawdziwi szczęściarze” zaś w takich momentach ujrzą w bliskiej dali zwierzęce ślepia, od których odbija się światło. Nas taka niewątpliwa atrakcja na szczęście ominęła. Swoją drogą ciekawe jakbyście się wtedy zachowali? Stały marsz wyzwalał w nas sporo ciepła. Niedługo po starcie nastąpił postój na zdjęcie polarów. Krótki rękawek w tej fazie drogi wystarczył. Przed godziną drugą dotarliśmy do schroniska, które wyglądało jak opustoszałe. Drzwi do niego były zamknięte, lecz jeśli ktoś chciałby w nocy na siłę tam wejść to obok drzwi jest dzwonek – można zadzwonić. Ciekawe jakby się wtedy zachował obudzony ze snu właściciel. My takiej bezczelności nie mieliśmy i rozłożyliśmy na jednej z ławek przed budynkiem. Postój trwał pół godziny i warte odnotowania było w nim jedno zdarzenie. Otóż nasze rozmowy wciąż nie ustawały. W pewnym momencie na 2-3 sekundy zapadła cisza. Podczas tych kilku sekund usłyszeliśmy jakiś dziwny dźwięk dochodzący z lasu. Nastąpiła nagła konsternacja. Po następnych kilkunastu sekundach uciszania się nawzajem, wsłuchaliśmy się w to „coś” jeszcze raz. Był to dziwny dźwięk trwający może dwie sekundy, który – co najciekawsze – powtarzał się cyklicznie. Ponadto, każda seria tego szmeru wywoływała w nas z jakiegoś powodu śmiech. Po kolejnym uspokojeniu się, nadstawiliśmy ucha, aby zbadać kierunek dochodzenia dźwięków. Chwilę później wszystko już było jasne. To pies pasterski chrapał. Teraz to już od śmiechu się powstrzymać nie mogliśmy. Mniej więcej o 2:20 wyruszyliśmy ze schroniska. Z czasem było bardzo dobrze. Przed wyruszeniem zaś do omówienia zostawała kwestia wyboru drogi. Naturalnie całej pełnoletniej społeczności, która wiedziała o naszej wyprawie, powiedzieliśmy, że idziemy przez przełęcz Bronę, no bo tylko szaleńcy pchali by się w środku nocy na Perć Akademików. W naszej grupie zdania były podzielone. Ostatecznie postawiłem na swoim i wyruszyliśmy najtrudniejszym szlakiem Beskidów na szczyt Babiej Góry. Pogoda, ku naszemu zadowoleniu, poprawiła się. Niebo było rozgwieżdżone, dostrzegliśmy nawet kilka znanych konstelacji m. in. Mały Wóz. Po wyjściu z lasu po raz pierwszy ujrzeliśmy Diablak. Wtedy byliśmy już pewni, że zobaczymy wschód Słońca w pełnej okazałości. Szlak zaczął stwarzać pewne trudności. Był moment, w którym o mało co nie uderzyłem głową w gałąź. Było też mokro i ślisko. Szedłem w zwykłych adidasach, gdyż ciężar brania dodatkowo butów górskich w kontekście powrotu nie brzmiał zbyt lekko. Dotarliśmy do pierwszej serii łańcuchów. Teraz już z każdym krokiem było coraz ciekawiej. Perć Akademików nocną porą Przy stromym podejściu ubezpieczonym łańcuchem ujawniła się nasza dobra współpraca. Pokonałem ten odcinek jako pierwszy, następnie odwróciłem się i oświetlałem moją latarką drogę następnym łazikom. Jak wiadomo punktem kulminacyjnym Perci są klamry i kilkumetrowa ściana. Dotarliśmy do nich po godzinie trzeciej. Nad naszymi głowami niebo było ciemnogranatowe, lecz na wschodzie zaczęła się już formować błękitna łuna. To zwiastowało nadchodzący dzień. Pokonywanie klamer u schyłku nocy należało do przyjemności. Być może to za sprawą ciemności, dzięki której nie było widać przepaści. W tym punkcie nasza współpraca również się powtórzyła, a ponadto klamry okazały się doskonałą okazją do robienia zdjęć. Po pokonaniu ściany przeszył nas zimny ziąb. Królowa wiatrów zaczęła dawać o sobie znać. Szybkie nałożenie polarów okazało się koniecznością. Do szczytu było już tylko kilkanaście minut. Niebieska łuna zaczęła się rozszerzać, pod nią z kolei pojawiały się barwy żółci i pomarańczy. Nocne wspinanie zakończyło się dokładnie o 3:50 kiedy to jako pierwsi tego dnia stanęliśmy na wierzchołku Babiej Góry. Silny wiatr od razu przegonił nas za stertę kamieni. Teraz już pozostawało tylko czekać. Początkowo nie było widać nic oprócz Małej Babiej Góry. Niebieski pas wschodniego horyzontu łączył się z bardzo długą i płaską linią granatu. Stanie na szczycie powoli nas wyziębiało. Była to dobra pora na obiad, którym dziś było – nazwane zresztą przez nas – wojskowe „żarcie” amerykańskie. Charakteryzowało się ono tym, że wystarczyło zalać torbę jakąkolwiek wodą (nawet zimną mineralną), żeby jedzenie zaczęło się samo gotować. Po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować ciepłym jedzeniem meksykańskim z fasolką i wieprzowinką. Były także krakersy, a także nachosy w kształcie małych walców. W pewnej chwili do naszej uczty dołączył się jeszcze jeden osobnik. Podszedł do nas znienacka, był całkiem młody, miał duże spiczaste uszy, wielkie ślepia i był cały rudy na wierzchu. Przez chwilę kręcił się wokół nas, nie wydawał się zbyt groźny, zapewne nachodził turystów już nie pierwszy raz. Zanim dobrał się do naszych zapasów musiał przejść obowiązkową sesję fotograficzną. Lis – bo o nim mowa – wyglądał całkiem przyjaźnie. Oswojone zwierzę jadło nam z ręki. Z mych palców, wprost do pyska wziął krakersa. Czekanie na wschód razem z leśnym gościem umiliło nam czas. Tak jak się tego spodziewałem, godzina 4:09 nie wypaliła, kolejne opcje również. W międzyczasie do naszej trójki doszła grupa turystów idących z Krowiarek. Tego dnia wschód Słońca oglądało z Diablaka siedem osób. 1-3) oczekiwanie na magiczny wschód Słońca Zbliżała się godzina piąta i robiło mi się coraz zimniej. W dole migotały się światła Zawoi, zza ciemności wyjawiło się pasmo Policy, nawet Tatry odsłoniły swe najwyższe wierzchołki. Niebo coraz bardziej się zmieniało. Tuż nad pasem granatu na horyzoncie, widniał cieniutki paseczek czerwieni, nad nim trochę szerszy żółty, który stopniowo przemieniał się w błękit. Odwracając się zaś w drugą stronę można było ujrzeć głęboko śpiącą noc. 1-3) tuż przed wschodem Słońca Musiałem nałożyć na siebie narzutę, przeznaczoną pierwotnie do siedzenia, aby nie wychłodzić całkowicie organizmu. Kurtka bardzo by się wtedy przydała. Od kilkunastu minut wpatrywaliśmy się bez ustanku w kierunku wschodnim. Aż w końcu zaczęło się! Dokładnie o 5:10. Ku memu zdziwieniu Słońce nie zaczęło wychodzić z kreski między granatem a czerwienią, lecz z jeszcze niższego pułapu. Wtedy dopiero mogłem zobaczyć jak szybko porusza się to świecące kółko. Magiczna chwila trwała bardzo krótko. Po minucie było już po wszystkim. Na twarzy poczułem pierwsze promienie, dzięki którym zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Podziękowania należą się też Sylwii, która pokazała dziesięciu facetom jak poprawnie należy korzystać z Internetu. 1-2) Pamiętna chwila (godz. 5:10) - Wschód Słońca na Babiej Górze Robiło się coraz jaśniej i ku mojemu zniecierpliwieniu – cieplej. Patrząc w kierunku Tatr cała Orawa wraz jej największym jeziorem były zamglone, widać było tylko wierzchołki powyżej 1900 m Na Diablaku spędziliśmy ponad 2 h. Koło szóstej rozpoczęło się zejście. Po wyjściu zza kamieni wiatr znów o sobie przypomniał. Wiało tak mocno, że podmuchy wywiewały mi łzy. Na szczęście im niżej, tym było lepiej. Na przełęczy Brona promienie były już na tyle silne, że moje zewnętrzne okrycie posłużyło za koc do leżenia. Starczyło na nim miejsca tylko dla trzech osób, toteż ja klapnąłem sobie pod słowackim słupkiem. Prawie przy nim zasnąłem. Spędziliśmy tam koło godziny czasu. Dalsze zejście odbyło już się bez większych historii. Cała wyprawa zakończona po raz kolejny pełnym sukcesem. Tego wschodu z pewnością nigdy nie zapomnę, gdyż tak doskonale utrwaliły go zdjęcia. Przybyliśmy ok. godz. 10:00, kilkadziesiąt minut później byłem już w łóżku, musiałem odespać jak najwięcej by mieć siły na powrót, który też dostarczył paru wrażeń. Wstałem kwadrans po drugiej. Pierwotnie chcieliśmy załadować rowery do PKS-u i spokojnie wrócić do Krakowa. Czas naglił, ponieważ autobus odjeżdżał z Zawoi Policzne o 15:00. Musieliśmy też jeszcze tam jakoś dojechać. Pakowanie odbywało się w pośpiechu. Tym razem nie było już pomocy ze strony taty Tomka, toteż plecak zrobił się cięższy. Po podziękowaniu i pożegnaniu ruszyliśmy. Wtedy była 14:52. Szaleńczy podjazd z dnia poprzedniego zamienił się w kręty i niebezpieczny zjazd. Wjechaliśmy na drogę główną, i znów ta mozolnie pnąca się droga do góry. To było ostre pedałowanie. Już byliśmy tak blisko Policznego, już wjeżdżaliśmy na ostatnią prostą, gdy nagle widzimy, że autobus rusza, zabrakło 300 metrów... Na pocieszenie pozostawał fakt, że następny PKS odjeżdżał o 16:20 z Zawoi Markowa. Niestety, żeby tam dojechać musieliśmy objechać prawie całą wieś dookoła. Przyjemny w tym wszystkim był zjazd główną drogą. Właściwie nie trzeba było robić obrotów nogami, bo rower sam sunął po dobrej jakości asfalcie. W Markowej czekaliśmy prawie godzinę tylko po to, aby przeżyć niemałe rozczarowanie. W międzyczasie jednak naszą uwagę przykuł samochód, w którym szyba od strony przedniego pasażera była całkowicie otwarta. Gdyby takie autko było w Krakowie, to po pięciu minutach już by go nie było. Poraża niesamowita głupota kierowcy, a przede wszystkim pasażera tego samochodu. W środku pojazdu, na siedzeniu leżał jakiś atlas oraz długopis. Wzięliśmy ten ostatni i napisaliśmy mały liścik, w którym zawarte było dużo ironii i sarkazmu. Później czas przyszedł na rozczarowanie. Otóż duży PKS okazał się zwykłym busem. Nie było wyjścia. Musieliśmy udać się w długą i męczącą podróż do Makowa Podhalańskiego, gdzie chcieliśmy złapać jakiś pociąg. Najmniej przyjemna w tym wszystkim okazała się jazda krajową „28”. Na stacji PKP na nasze głowy poleciał kolejny kubeł zimnej wody. Pociągi do Krakowa odjeżdżały kwadrans po czwartej i siódmej. Tymczasem była 17:20... Po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów ruchliwymi drogami nie mogliśmy dać za wygraną. Pobliski dworzec autobusowy niestety, również rozwiał nasze nadzieje na koniec wyprawy rowerowej. PKS do Krakowa odjechał pół godziny temu... Koniecznością stało się pokonanie dodatkowych kilometrów. Sucha Beskidzka powitała nas kolejnymi „doskonałymi” nowinami. Autobus do Krakowa odjeżdżał za półtorej godziny. Takie czekanie było bezsensowne... Przegraliśmy już 5 bitew. Dwie w Zawoi, dwie w Makowie i jedną w Suchej – to jednak nie był koniec wojny. Pozostawała absolutnie jedna i ostatnia możliwość, a mianowicie dworzec kolejowy. Stoi on trochę na uboczu miasta i jest oddalony od jego centrum. Patrzyłem tylko wciąż na mój licznik jak bije już ponad setkę. Wjechaliśmy na teren dworca niespodziewanie od tylnej strony. Wiązało się to z przejazdem przez boczne perony gdzie wjazd był zabroniony. Później nawet zwrócono nam za to uwagę. Po wejściu do hallu gorączkowo odnalazłem rozkład jazdy i mogłem tylko zakrzyknąć Alleluja! Pociąg odjeżdżający o 18:12, który już stał na peronie. Bilet kosztował 10 zł + 4 zł za przewóz roweru. Z wielka ulgą wsiadamy do pociągu, który zgodnie z planem ruszył i jechał bardzo długo nie zatrzymując się na żadnej stacji. Wywołało to nasze zdziwienie, gdyż była to relacja o statusie normalnej. Pociąg nie zatrzymał się nawet w Skawinie. Tak więc był to strzał w dziesiątkę. Po Suchej Beskidzkiej kolejną stacją był dopiero krakowski Płaszów. Ponadto jazda odbyła się bez większych postojów i zajęła nie co ponad godzinkę. Szczerze mówiąc, PKP zasłużyło tutaj na pochwałę. Powrót mile mnie zaskoczył. Na Dworcu Głównym nastąpiło podziękowanie i pożegnanie. Oboje byliśmy napełnieni widokami oraz pozytywną energią. Bilans dwudniowej wycieczki wyniósł prawie 121 km pokonanych rowerem, w nieco ponad 7 h + 16 km w górach. Była to kolejna wyprawa, która przejdzie do historii. Po raz kolejny muszę podkreślić, że te wakacje to jakiś kosmos, którego nigdy wcześniej nie przeżyłem. Sam już nie wiem, która wyprawa była najciekawsza, po prostu wszystkie są wspaniałe, a przecież to dopiero połowa wakacji... Podziękowania dla Tomka i Sebastiana za wspaniałą fotograficzną robotę. :) Teraz mówię sercu, aby sercem było; Ta noc do innych jest niepodobna.(fragment utworu grupy Maanam) To była noc do innych niepodobna. Była niemal pełnia księżyca, gwieździste niebo mrugało maleńkimi punkcikami gwiazd. Na wschodzie jaśniała Wenus. W świetle zachodzącego księżyca pożegnaliśmy noc, by zaraz potem w bajecznej kolorystyce świtu powitać nowy dzień. Mieszkańcy babiogórskiego boru okazali się nam przychylni, a szczególnie niedźwiedź, który nie był głodny, zaś chłodna Królowa okazała się być łaskawą, ale wróćmy do początku... Piątek, 28 września, godzina bus zatrzymuje się w miejscowości Zawoja-Widły. Wysiadamy. Większość domów już śpi, co zdradza ciemność w oknach. W oddali słychać szczekanie psa. Drogę rozświetla nam blask księżycowej tarczy. Do pełni już blisko, dzieli nas od niej tylko jedna noc. TRASA: Zawoja-Widły (598 m Zawoja-Składy (638 m Zawoja-Markowa (718 m Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m Babia Góra, słow. Babia hora (1725 m Przełęcz Brona, słow. Brána (1408 m Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m Sulowa Cyrhla (891 m Stary Groń (844 m Zawoja-Podryzowane (663 m OPIS: W Zawoi-Widły odnajdujemy zielony szlak. Jest zaraz przy rozgałęzieniu ulic. Ruszamy wzdłuż asfaltowej drogi. Po 20 minutach mijamy osiedle Zawoja-Składy. Tutaj na rozwidleniu dróg nasz szlak prowadzi na lewą odnogę drogi. Prawą doszlibyśmy do osiedla Zawoi o nazwie Czatoża. Lewa, biegnąca wzdłuż Marków Potoku prowadzi nas do osiedla Markowe. Docieramy do niego po 50 minutach wędrówki. Zawoja-Składy. Obelisk przy rozwidleniu dróg. W Zawoi Markowe wchodzimy do boru Babiogórskiego Parku Narodowego, gdzie księżycowe światło jest zbyt słabe, by oświetlać nam drogę. Uruchamiamy własne źródła światła. Szlak wiedzie teraz szeroką, częściowo kamienistą drogą. Podobnie jak przez osiedla Zawoi wciąż nabieramy spokojnie wysokości. Przechodzimy przez Polanę Pośredni Bór i wchodzimy na węższą drogę zwaną Zbójeckim chodnikiem. Droga zaczyna nabierać większej stromości. Po przecięciu dolinki potoku szlak dalej regularnie pnie się w górę. W końcu ścieżka zaczyna robić zakosy po zboczu. Wyprowadzają one na niewielką polankę. Po drugiej stronie polanki dołącza do nas czarny szlak z osiedla Podryzowane. Chwilę potem, o godzinie wychodzimy na Markowe Szczawiny, gdzie na wysokości 1180 m stoi budynek schroniska. Zatrzymujemy się w nim przed dalszym podejściem, korzystając z turystycznej kuchni schroniska. Schronisko jeszcze mocno śpi, ale z pewnością już za niedługo obudzi się i jego goście wyruszą tam gdzie my. Zapewne po to też przyjechali tu, tylko trochę wcześniej. Pod Schroniskiem PTTK na Markowych Szczawinach. Godzina Nie czekając na pobudkę w schronisku o godzinie wychodzimy na zewnątrz i w górnej części polany odnajdujemy żółte znaki, które kierują nas w lewo na wygodny płaj. Prowadzą wspólnie z niebieskimi znakami, aż do „skrętu ratowników”, na którym żółte znaki skręcają na lewo wprost na zbocze. Zostawiamy płaj za sobą. Kamienna ścieżka pnie się systematycznie gęstym borem, wzdłuż potoku Szumiąca Woda. Początek żółtego szlaku na Markowych Szczawinach. Nie istnieje tu coś takiego jak cisza nocna. Trzeba przyznać, że nocą las tętni zupełnie innymi dźwiękami niż w dzień. Samotna wędrówka zapewne dostarczyłaby ogromnej dawki adrenaliny, choć nawet w grupie można wzdrygnąć się na dobiegający szelest, czy odgłos łamanej gałązki. Wkrótce bór zaczyna rzednąć, mijane drzewa stają się coraz bardziej karłowate. Tarcza księżyca zaczyna być widoczna ponad naszymi głowami. Odbijane przez niego światło słoneczne oświetla nam drogę, ale nie myślimy o wyłączeniu własnych źródeł światła, które pozwalają sprawdzić to co dzieje się między leśnymi drzewami, a dzieje się tam wiele. Coś tam się rusza, a odgłosy rozlegające się echem po okolicy zdradzają rykowisko jeleni. Wkrótce wychodzimy ponad górną granicę lasu. Ścieżka wchodzi do Kotlinki Suchego Potoku. Przed nami skryte mrokiem nocy północne stoki Babiej Góry i urwiste Kościółki. Ich imponująca wyniosłość przysłoniła tarczę księżyca. Wrócił nieskazitelny mrok. Pośród ostatnich drzew, szlak skręca w lewo i pnie się ostro po kamiennych stopniach w górę przez zarośla i kosodrzewinę. Idziemy powoli, bynajmniej nie z powodu zmęczenia. Staramy się optymalnie dostosować tempo wędrówki, by nie przegrzać się. Tu jest dość ciepło, ale na szczycie może być diametralnie inaczej, co jest zjawiskiem zupełnie normalnym w przypadku kapryśnej Babiej Góry. Wszyscy o tym wiedzą, jak potrafi być zaskakująca. Pierwsze łańcuchy na Perci Akademików. O godzinie docieramy pod skały Perci Akademików. Ruszamy dalej trawersem na lewo pod skalną ścianą po wąskim, podskalnym przejściu przytrzymując się łańcucha. Potem w górę kamiennym chodnikiem i kamiennymi stopniami do następnego łańcucha pod skałami urwiska. Uwalniamy się od leśnych szmerów, zostawiamy je w dole, ale jeszcze słychać szelest poruszających się zarośli. To z pewnością jakiś zwierz, bo gdyby to byli inni wędrowcy widzielibyśmy światełka czołówek. Niebawem jednak z jednej strony mamy skałę, a po drugiej otwartą przestrzeń. Nocne wspinanie dostarcza odmiennych emocji. Nie widzimy pod nami pokonanej wysokości, ale mimowolnie ją wyczuwamy. Rozciągająca się za mrocznym dnem panorama jednoznacznie to potwierdza. Widoki (pewnie zaskoczymy) są rewelacyjne. Widać to, czego nie widać w dzień. Multum wsi i miasteczek, tysiące mrugających światełek osad ludzkich aż po kres horyzontu. Dalekosiężność tego widoku jest ogromna, mimo panującej nocy. Nigdy nie spotkaliśmy się z taką za dnia. Perć Akademików i kolejne łańcuchy. Nad urwiskiem. Dalej szlak pnie się w górę idąc skosem na lewo. Na skałach rozświetlanych światłem czołówek dostrzegamy mnóstwo długonogich pajęczaków. Cały czas wspinamy się wąską ścieżką nad skalnymi obrywami, ubezpieczając się łańcuchami. W końcu docieramy pod klamry ułatwiające wejście na pionową skałę Czarnego Dziobu. Bez nich wdrapanie się po obrywie skalnym byłoby bardzo trudne. Powyżej mamy jeszcze krótki odcinek z łańcuchem i zbocze zmienia charakter. Jest łagodniejsze i pokryte potężnymi głazami. To skalne rumowisko, w którym ścieżka naszego szlaku lubi na chwilę zaniknąć. Marsz przez rumowisko zajmuje nam przeszło 20 minut. Naskalni towarzysze wspinaczki na Perci Akademików. Przy urwisku. Łatwiejszy fragment Perci Akademików bez zamontowanych ułatwień. Wspinaczka na Czarny Dziób. Wspinaczka na Czarny Dziób. Po prawej stronie światło naszych czołówek wychwytuje z czerni białą figurkę Matki Boskiej, umieszczoną w małej grocie na wysokości 1723 m Kopuła szczytowa jest już bardzo blisko. Po paru krokach docieramy do grzbietowego czerwonego szlaku. Znajdujemy się nieco na wschód od kopuły szczytowej Babiej Góry. Skręcamy w prawo i dosłownie za moment zdobywamy szczyt Babiej Góry (słow. Babia hora, węg. Babia gura, niem. Teufelspitze; 1725 m Diablak jak go też zowią. Figurka Matki Boskiej umieszczona w małej grocie na Babiej Górze. Jest godzina Księżyc rządzi jeszcze na niebie pokrytym tysiącami gwiazd. Po południowej stronie doliny toną w bieli morza mgieł. Na północy wszystko tonie w kolorowych punkcikach świateł miast i wsi. W dzień nie widać tej rozciągłości ludzkiego osadnictwa. Nie widać też tylu mrugających czerwonym światłem kominów i masztów antenowych. Na północnym wschodzie doskonale widać rozciągłość Krakowa, a na północnym zachodzie szczególne zagęszczenie świetlnych punkcików Śląska. Lekko wieje chłodem z południa. Słychać pochrapywanie śpiących turystów, otulonych od stóp do głowy w śpiworach. Przybyli tu już wcześniej. Znajdujemy miejsce od zawietrznej pod kamiennym wiatrołapem, gdzie rozkładamy karimatę, ale nie kładziemy się. Nocny krajobraz naszych rodzimych stron oszałamia widokami. Trudno się jest mu oprzeć, tym bardziej, że przyszło nam się zmierzyć z nim po raz pierwszy. Jednak jak tylko usiedliśmy, poczuliśmy że wiatr dmie z coraz większą siłą i robi się bardzo chłodno. Otulamy się w pozycjach siedzących w śpiwory. Wkrótce robi się naprawdę bardzo zimno. Po jakimś czasie temperatura spada nieco poniżej zera, a poza kamiennym wiatrołapem porywistość wiatru jest bardzo nieprzyjemna. Nocny widok z Babiej Góry w kierunku zachodnim. Na wprost pod księżycem wznosi się masyw Pilska. Nocny widok ze szczytu Babiej Góry w kierunku północnym. U dołu widać oświetloną szosę biegnącą przez Zawoję. Silne światło po prawej na dole znajduje się pod stokiem narciarskim Mosorny Groń. Nocny widok ze szczytu Babiej Góry w kierunku Śląska. Widok spod kamiennego wiatrołapu w kierunku wschodnim. Na niebie widać Wenus. Jest godzina Przed godziną księżyc przenosi się już wyraźnie nad zachodni horyzont. Mniej więcej w tym samym czasie na przeciwległym nieboskłonie pojawia się niebiesko-granatowa poświata. Rozpoczyna się tzw. niebieska godzina. Chwilkę później pod tą poświatą, na styku z horyzontem pojawia się też wąska, czerwona łuna. Tworzą one niewielką aurę nad linią horyzontu. Księżyc jest już wyraźnie nad zachodnim horyzontem. Widok w kierunku wschodnim. Minęła Niebieska godzina trwa. Godzina Na styku z horyzontem pojawia się wąska, czerwona łuna. Na niebie nikną gwiazdy, ale Wenus jest wciąż wyrazista. Zachodzący księżyc, przyjmujący barwy brązowiejących czerwieni. Zachód księżyca. Brzask. Robi się nieprawdopodobne widowisko. Z jednej strony zachodzący księżyc przyjmujący barwy brązowiejących czerwieni, a po przeciwległej jaśniejący widnokrąg przygotowujący się na przyjęcie słońca. Jedno i drugie jest piękne i pociągające, cudowne tak, że trudno pogodzić się z tym, że w danym momencie możemy patrzeć tylko w jednym kierunku. Chciałoby się mieć oczy z przodu i z tyłu, albo może na te chwile zmienić się w kameleona i mieć niezależnie poruszające się źrenice. Po piętnastu minutach aura na wschodzie jest już kilkakrotnie szersza. Uwidacznia znajdujące się tam nieduże chmurki. Jaśnieje błękit na sklepieniu, a promieniejąca aura otoczona zostaje żółcią. Tymczasem po przeciwległej księżyc niknie, albo za horyzontem, albo w napływającej jasności ze wschodu. Niknie szarówka, giną widoczne jeszcze przed chwilą światła miast i wiosek. Na południu widać już ładny kontur Tatr, a przed nimi uwypuklają się kłęby morza mgieł. Panorama z Babiej Góry w kierunku wschodnim. Panorama z Babiej Góry w kierunku południowo-wschodnim. Z prawej widać Tatry. Tatry za morzem mgieł. Zniewoleni widowiskiem, walczymy z silnym, lodowatym wiatrem. Nie jest jednak najgorzej, a warunki pogodowe na tą porę roku są bardzo dobre jak powiadają rutyniarze nocnych wypadów na Babią Górę. Chciałoby się zjednoczyć z przyrodą i jej siłą, by nabrać mocy, zanim dzienny chaos da nam znać o sobie. Dla takich chwil, jak ta warto oddać odrobinę siebie, zapłacić trudem i zmęczeniem. Nie jest on współmiernie wysoki do wspaniałości obserwowanego zjawiska. Turyści na Babiej Górze oczekujący wschodu słońca. Magiczny czas na Babiej Górze trwa. Pojawiają się koloryzujące pomarańcze i fiolety. O godzinie barwy przybierają na intensywności. Teraz wszystko dzieje się jakby szybciej, nabiera jakby większej nerwowości, jakby miało za chwilę wybuchnąć. Gorce płoną w czerwieni, bo właśnie nad nimi znajduje się centrum gorejących barw. Płoną być może jak ongiś, gdy pozyskiwano na nich śródleśne polany do wypasu. Brzask nad morzem mgieł. Tatry o brzasku widziane z Babiej Górze. Intensyfikujące się czerwienie przenoszą się na grupkę obłoków wiszących nad horyzontem, aż w końcu o ponad gorczańskim grzbietem pojawia się rąbek tarczy słonecznej. Unosi się i rośnie z każdą sekundą. Świat ogarnia jeszcze półmrok, ale już wszyscy wiedzą, że na niedługo. W ciągu trzech minut słońce ukazuje nam całą swoją tarczę. Rozświetlają się szczyty górskie, a w doliny zaczynają wpadać ich cienie. Zawoja nie widzi jeszcze władcy dnia, podobnie jak wiele innych osad położonych w dolinach. Tam promienie słoneczne dotrą, ale jeszcze nie teraz. Robi się cieplej, ale wciąż silnie wieje. Przez ten czas niebo zabarwia się błękitem, takim, jaki znamy za dnia. Witamy kolejny dzień, piękniejszy od poprzedniego. Szczyt Babiej Góry pustoszeje. Godzina Intensyfikujące się czerwienie przenoszą się na chmury wiszące nad horyzontem. Gorce goreją. Mija godzina Gorce płoną być może jak ongiś, gdy pozyskiwano na nich śródleśne polany do wypasu. Godzina Ukazuje się rąbek tarczy słonecznej. Godzina Początek świtu. Godzina Godzina Godzina Godzina Godzina Niebo zaczyna zabarwiać się błękitem. Na szczycie Babiej Góry robi się cieplej, ale wciąż silnie wieje. Pakowanie ekwipunku. Widok ze szczytu po wschodzie słońca w kierunku południowym. Wczesny poranek na Babiej Górze. Mamy kolejny dzień, piękniejszy od poprzedniego. Godzina Szczyt Babiej Góry opustoszał. Z wierzchołka Babiej Góry schodzimy czerwonym szlakiem w kierunku wschodnim, na Przełęcz Brona. Najpierw schodzimy z kopuły szczytowej po kamiennych głazach. Jest dość stromo. W tym miejscu trzeba poświęcić dużo uwagi na to, gdzie stawiamy stopy, bo można trafić na chwiejne bloki skalne. Szlak wyrównuje się. Po lewej stronie mamy łagodne zbocza słowackie, ale po prawej przepaściste zbocza polskie, bardzo niebezpieczne we mgle. Przed nami, za morzem mgieł pokrywającym Rów Orawicki (słow. Oravická brázda) wznosi się Pilsko (słow. Pilsko; 1557 m - drugi po Babiej Górze co do wysokości szczyt górski w Beskidzie Żywieckim. Po lewej od niego ponad bielą chmur wystają grzbiety innych pasma górskich, w tym Małej i Wielkiej Fatry oraz Wielkiego Chocza. Na prawo od Pilska ciągnie się grupa Mędralowej i Pasmo Jałowieckie wznoszące się po północno-zachodniej stronie Zawoi. Na przedłużeniu naszego grzbietu mamy Małą Babią Górę (słow. Malá Babia hora; 1517 m Schodzimy w kierunku zachodnim. Przed nami widoczny jest masyw Pilska. Panorama na słowacką Orawę(słow. Orava, węg. Árva, niem. Arwa). Słowacka Orawa (słow. Orava, węg. Árva, niem. Arwa). Zbliżenie na Wielki Chocz (słow. Veľký Choč, 1608 m Szlak wiedzie już przez niską kosodrzewinę. Wiatr na tej wysokości nie jest już dokuczliwy. Przechodzimy nad urwiskami Kościółków. Spoglądamy za siebie na szczyt Babiej Góry, ponad którą słońce wisi już wysoko. Potem zostaje nam już patrzeć tylko przed siebie, wspominając przebyte niedawno szlaki. Chwilę później grzbiet załamuje się stromo w dół. Zejście na tym odcinku ułatwiają kamienne stopnie, po czym grzbiet wypłaszcza się z powrotem. Idąc pośród wysokiej kosodrzewiny docieramy na Przełęcz Brona (1408 m gdzie kończymy wędrówkę grzbietem masywu. Szlak czerwony skręca w prawo i północnym stokiem ostro schodzi do lasu, gdzie niebawem łagodnieje i prowadzi dalej po kamienistej ścieżce pod Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach. Ponad urwiskiem Kościółków. Spoglądamy za siebie na szczyt Babiej Góry. Hala Miziowa na stokach Pilska z budynkiem schroniska, a za nią wznosi się Palenica (słow. Brts; 1343 m Przełęcz Brona (słow. Brána; 1408 m Widok w kierunku Pasma Jałowieckiego. Do Schroniska PTTK na Markowych Szczawinach docieramy o godzinie W wewnątrz trochę gwarno, tak jak zwykle w pogodne zawsze wita nas wspaniały uśmiech na twarzy pani Kasi, i pyszne śniadanie, smakujące ponad przeciętność, nie ujęte w schroniskowym menu. Dzień zapowiada się pięknie, aż szkoda, że wracamy. O godzinie zbieramy się drogę powrotną. Schodzimy innym szlakiem niż szliśmy do góry, czarnym do Podryzowanego, jednego z osiedli Zawoi. Schodzimy lasem w kierunku północno-wschodnim. Szeroka ścieżka początkowo wyraźnie obniża swój bieg, potem łagodnieje. Prowadzi przez zupełnie inny las o przewadze buków, nie przypominający gęstego boru, którym wspinaliśmy się na Markowe Szczawiny. Dróżka jest bardzo wygodna, prawie spacerowa. Jest tylko jeden bardzo stromy, ale krótki fragment, który pokonujemy zakosami po kamiennych stopniach. Znajdują się przy nim drewniane poręcze. Najtrudniejszy fragment czarnego szlaku do Podryzowanego. Kontynuujemy wędrówkę sielankowym traktem. Przechodzimy wzdłuż górnej krawędzi polany Sulowa Cyrhla, pokrywającej stoki po naszej prawej. Widać z niej północne stoki Babiej Góry. W okolicy Sulowej Cyrhli pojawia się niebieski szlak, odbijający do osiedla Zawoja-Policzne. Maszerujemy dalej leśnym grzbietem za czarnymi znakami. Wkrótce opuszczamy Babiogórski Park Narodowy i wchodzimy na stokowe łąki i pola, z porozrzucanymi zagrodami osiedla Ryzowane. Niedługo potem szlak skręca ostro w prawo i wprowadza na drogę do osiedla Podryzowane. O godzinie osiągamy szosę łączącą Zawoję z Krowiarkami, gdzie mamy przystanek busa i koniec trasy. Widok z Polany Sulowa Cyrhla w kierunku Babiej Góry. Łąki osiedla Ryzowane. Osiedle Ryzowane. Zawoja Podryzowane. Udostępnij: Przewidywany czas wejścia to 2h 30 minut. Jednakże nie posiadaliśmy presji czasu, wręcz przeciwnie - mijający czas grał na naszą korzyść. Dość "ostre" przewyższenie na Sokolicę, zaczęło dawać się niektórym we znaki. Kawałek ten prowadzi prawie cały czas lasem, oczywiście o tej porze ciemnym. Sceneria prędzej z zacnego filmu grozy, przyspieszone oddechy, coś trzasnęło z lewej strony, nad borem lekka mgiełka.... Idąc samemu rozważam, że czas wejścia na Babią Górę w tych warunkach wyniesie około 1h. My z większymi lub mniejszymi problemami po godzinie uzyskujemy Sokolicę. Na czubku rozpoczyna już dość silnie dąć, wcześniej drzewa dławiły wiatr. Tutaj pierwszy wspólny spoczynek. Ze skarpowego urwiska wyłania się zamiar naszej nocnej wycieczki. Pogoda raczej nie sprzyja porannemu podziwianiu słońca, ale nasz meteo nie prognozował deszczu 😉. Nasza ekipa rozciągła się, każdy przedkładał własne tempo. Na pobliskim obszarze widać tylko światełka z czołówek, czasem księżyc przekłuwał się przez czarne chmury. Niepokojący widok jednakże jest przed nami. Nad Diablakiem zawisły ciemne chmury. Babia Góra naraża nas na próbę. Zdobywamy Kępę, następnie Gówniak. Możemy podziwiać piękną nocną panoramę Beskidów. Najbliższa okolica śpi, widać tylko kilka swiateł, w większości z nadajników pokrewnych do tego jaki jest na Skrzycznym. Na Gówniaku dopadł nas deszczyk, większość z nas dopadł już na szczycie Babiej Góry. Sytuacja znacznie się komplikuje, jednakże ulotność pogody w górach pozostawia cień perspektywy na jej poprawę. W deszczu przybywamy na szczyt. Ustanawiamy oczywiście największą gromadę na wierzchołku. Deszczyk słabnie, ale nieco niektórych przemoczył, zatem przed nami, ciężkie minuty oczekiwania na wschód słońca. Mroczne chmury wiatr przegonił... ...na zachód. Płyny rozgrzewające i posiłek, też ulepszyły nasze humory. , Marcin Walczak O której to słońce w zasadzie ma ? W kalendarzu pisało, że po Niestety chmury w większości zakrywają niebo nad Diablakiem. Międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Paula ma w dniu dzisiejszym urodziny, zaistniało niezdecydowane sto lat... lecz to takie bardzo niezdecydowane 😉. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Niebo rozpoczyna transformować barwy, robi się coraz jaśniej. Słońce nieśmiało przebłyskuje miedzy obłokami. Robi się coraz widniej i przyjemniej! rochę zmarznięci, ale raczej, z tego co słyszałem, spełnieni podążamy droga powrotną na Przełęcz Krowiarki. W tym momencie słońce jest dla nas łaskawsze i wychodzi ponad nie wysoko osadzone chmury. Babia Góra o tej porze dnia wygląda całkiem inaczej, jest oświetlona, ze wschodu, promieniami słonecznymi. Taki widok pobudził nawet naszego Stanleya, który nie omieszkał wyciągnąć aparat fotograficzny i wyrządzić kilku wyjątkowych fotografii. Wyjątkowe będą one na pewno, bowiem w dobie przyrządów cyfrowych i setek zdjęć sporządzanych na godzinę, Stanley zrobił ich kilka. Ale to i tak postęp 😉. , Marcin Walczak

babia góra wschód słońca godzina